Szpiedzy w Warszawie
TVP 1BBC

Szpiedzy nie tylko w Warszawie

- Aktorstwo w wywiadzie jest zupełnie na miejscu. Wywiad to gra, w której przecież wszyscy bez przerwy udają kogoś innego - mówi dr Władysław Bułhak, historyk, znawca dziejów wywiadu.

W wywiadzie jest miejsce na aktorstwo - mówi znawca tematu dr Bułhak (fot. TVP) W wywiadzie jest miejsce na aktorstwo - mówi znawca tematu dr Bułhak (fot. TVP)

Poznał Pan scenariusz „Szpiegów w Warszawie” i jeden z odcinków serialu. Jakie były Pana wrażenia?

– Scenariusz nie tylko czytałem, ale recenzowałem. To, co telewidzowie obejrzą, troszkę różni się od scenariusza. Film powstał w oparciu o powieść Alana Fursta. Nie można było zmienić struktury i głównej intrygi. Można jednak było zmieniać niuanse. Wytknąłem na przykład, że choć akcja umiejscowiona jest na Śląsku, to jest on przedstawiony jako okolica wiejska, a to jest pewna nieścisłość – tam są raczej hałdy niż lasy i pola.

Wiele z Pana korekt zrealizowano?

– Nie wszystkie zmiany zostały zaakceptowane. Udało się jednak na przykład poprawić jeden istotny szczegół związany z nazwiskiem. Główna bohaterka nazywająca się w filmie Skarbek, pierwotnie miała nazywać się Sharbek. Autor może się pomylił, a może chciał zmienić nazwisko na brzmiące, jak mu się wydawało, równie po polsku. Tu bohaterka nazywa się Anna Skarbek, a słynna polska agentka – jej daleki pierwowzór – naprawdę nazywała się Krystyna Skarbek.

Całość oparta jest na prawdziwej intrydze?

 – Nie wydaje mi się, choć są tutaj odniesienia do faktów. Rzecz dzieje się w okresie międzywojennym, gdy polski wywiad, aż tak blisko nie współpracował z brytyjskim. Stąd głównym bohaterem jest Francuz, mimo że film jest brytyjski. Polska była w systemie sojuszów mocarstwowej wówczas Francji kluczowym elementem, jako kraj graniczący i z ZSRR, i z Niemcami. Główny bohater, pułkownik Mercier jest francuskim attache wojskowym w Warszawie. Tak naprawdę w tamtym okresie owym attache był generał Félix Musse, starszy siwy pan, który pisał ciekawe raporty o polskim wojsku i znakomicie przecinał wstęgi na uroczystościach, a na pewno nie biegał po lesie z pistoletem jako szpieg. Rozumiem jednak wymogi serialu. Przedstawiając zbyt wiernie realia można kompletnie „zabić dynamikę” akcji. A to problem tych polskich seriali, w których scenariusze pisane były pod dyktando historyków.

Na ile to, co widzowie oglądają w różnych filmach szpiegowskich, jest adekwatne do prawdziwej działalności szpiegowskiej?

– W okresie, w którym toczy się akcja „Szpiegów”, dopiero rodzi się nowoczesny wywiad. Prowadzony jest na masową skalę przez wielkie instytucje biurokratyczne; agencje wywiadowcze. Dopiero w XX wieku przecież pojawiły się też wywiadowcze gadżety, czyli aparaty do podsłuchu, miniaturowe kamery jak „Minox” itd. Wtedy to były nowinki. Trudno było, żeby agent wchodził do jakiejś tajnej kancelarii z aparatem i robił zdjęcia, czemu towarzyszył wybuch dymu z magnezji. (śmiech).

Na jakim poziomie był ówczesny polski wywiad?

– Był dość rozwinięty i wysoko oceniany, choć miał opinię brutalnego. Polska była krajem biednym i relatywnie słabym w porównaniu do swoich dwóch groźnych sąsiadów i mającym uzasadnione obawy o swoje bezpieczeństwo. Skądinąd polscy przywódcy zarówno Piłsudski jak i Dmowskiego mieli bogate doświadczenie jeżeli chodzi o realia funkcjonowania służb specjalnych; pierwszy był związany, a co nie jest przecież tajemnicą, z wywiadem japońskim, a potem austriackim, a drugi z wywiadami zachodnimi, brytyjskim i francuskim. Nasz wywiad był stosunkowo nowoczesny jak na owe czasy. Jak to ostatnio opisał prof. Grzegorz Nowik przejęliśmy od jednego z zaborców, mianowicie Austriaków, system podsłuchów komunikacji radiowej i łamania szyfrów. To bardzo się przydało podczas wojny polsko-sowieckiej 1920 roku. Piłsudski miał wcześniej na biurku meldunki sowieckie niż sami sowieccy adresaci, którzy dysponowali gorszym sprzętem przekazu radiowego. To było chyba większym sukcesem polskiego wywiadu niż słynna sprawa Enigmy, bo ona jednak nie umożliwiła nam zwycięstwa w kampanii wrześniowej 1939 roku.

Na czym polega istota wywiadu?

– To gra o informację. Filmy przygodowe raczej nie koncentrują się na tym aspekcie, lecz na działaniu z pogranicza wywiadów czyli na tzw. dywersji. Wykradanie papierów z biurka trudniej pokazać spektakularnie. Bardziej efektownie jest, gdy coś artystycznie wyleci w powietrze, gdy jest strzelanina czy pościg. Kultura popularna zmienia obraz czegoś, co tak naprawdę jest grą o przetwarzanie informacji i o zdobycie wiedzy, grą, która toczy się w ramach cyklu wywiadowczego, dość biurokratycznego. To trudna walka, bo znaczna część tych informacji jest fałszywa, jako że wywiady podrzucają sobie fałszywe dane, które trzeba umieć odsiać od prawdziwych. Ważnym elementem pracy wywiadowczej jest tzw. biały wywiad, czyli czerpanie wiedzy z prasy, a dziś szerzej – z mediów. W ogóle, dziennikarze, z uwagi na charakter swojej profesji i wynikających z niej możliwości są wdzięcznym obiektem zainteresowania wywiadu, a z drugiej strony ich zajęcie bywa przykrywką dla działalności wywiadowczej. Przyjęte jest też milcząco w stosunkach międzynarodowych, że w każdej ambasadzie funkcjonują tzw. legalni przedstawiciele służb specjalnych.

Czy zdarzają się takie mistyfikacje, jak w serialu o kapitanie Klossie? Podstawienie innej osoby pod tożsamość osoby nie żyjącej lub zaginionej, czasem w dzieciństwie?

– Dziś, przy możliwościach współczesnych badań genetycznych – klasyczne tzw. operacje wtórnikowe, takie jak „zduplikowanie” porucznika Klossa, już nie są możliwe. Co nie oznacza, że nie wysyła się do innych krajów agentów tzw. „nielegałów” posługujących się fałszywymi tożsamościami. Jedna z nich, rosyjska agentka, wykryta niedawno przez amerykański kontrwywiad, jest dziś gwiazdą rosyjskich pism kolorowych.

Na koniec wróćmy do serialu „Szpiedzy w Warszawie”. Tchnie prawdą czy przede wszystkim trzyma w napięciu?

– Bardziej to drugie, chociaż realia w szerokich granicach też można uznać, za wystarczająco wiarygodne. Nie dało się jednak uniknąć plastikowych okien, których w latach trzydziestych jako żywo nie było.

Ludzi wywiadu grają zazwyczaj aktorzy o sugestywnej osobowości. Czy to nie kłóci się z charakterem pracy wywiadowczej, która wymaga raczej nie zwracania na siebie uwagi?

– W wywiadzie są dziesiątki różnych kategorii osób, do różnego typu zadań. W „Szpiegach w Warszawie” bohaterem jest przedstawiciel tzw. wywiadu legalnego, attaché wojskowy. Tacy ludzie pracują na eksponowanych stanowiskach w dyplomacji, handlu zagranicznym, czy w dziennikarstwie. Na ogół takie osoby nie są tuzinkowe, szare. Żeby nawiązywać kontakty i pozyskiwać wiadomości muszą być kontaktowi, sympatyczni, mieć emocjonalną inteligencję, a także wiedzę i ogładę pozwalającą zainspirować tematy rozmów i kontaktów. Tak naprawdę wywiad, to także dziedzina psychologii. Mało kto wie, że w ramach szkolenia każdy oficer wywiadu PRL pisał akademicką pracę z psychologii. Skądinąd najważniejsze są naturalne predyspozycje. W tym sensie aktorstwo w wywiadzie jest zupełnie na miejscu. Wywiad to gra, w której przecież wszyscy bez przerwy w nim udają kogoś innego.

Dziękujemy za rozmowę.

Rozmawiali: Krzysztof Lubczyński i Paweł Pietruszkiewicz