Szpiedzy w Warszawie
TVP 1BBC

Marcin Dorociński: marzyłem o takiej roli

– Marzyłem by wystąpić w projekcie, który będzie tematycznie daleki od filmów „Róża” i „Obława”. Bardzo chciałem pokazać się publiczności z innej strony. – mówi Marcin Dorociński.

Marcin Dorociński jako Antoni Pakulski (fot. TVP) Marcin Dorociński jako Antoni Pakulski (fot. TVP)

Co interesującego było w scenariuszu „Szpiegów w Warszawie”, że zdecydował się Pan przyjąć rolę Antoniego Pakulskiego?

– Propozycja zagrania w „Szpiegach w Warszawie” pojawiła się w idealnym dla mnie momencie: marzyłem by wystąpić w projekcie, który będzie tematycznie daleki od filmów „Róża” i „Obława”. Bardzo chciałem pokazać się publiczności z innej strony. Spodobało mi się też w jaki sposób scenariusz „Szpiegów…” oddaje klimat czasów przedwojennych i jak naszkicowana jest intryga. Przede wszystkim jednak bardzo interesująca była postać Antoniego Pakulskiego - pułkownika kawalerii z charakterystycznym wąsikiem, jego charakter, sznyt, mundur, dowcip. Pakulski to postać z krwi i kości, wymarzony materiał do grania.

Proszę powiedzieć kilka słów o granej przez Pana postaci?

– Pakulski to przedwojenny oficer, dla którego dane słowo, honor, kodeks postępowania są najważniejsze. Jest wierny swoim ideałom, broni Ojczyzny i przez to jest godnym wzorem do naśladowania. Mój bohater to człowiek uczciwy, szczery, odważny ale tez nie stroniący od przyjemności życia. Przyjaźni się z postacią graną przed Davida Tennanta – pułkownikiem Mercierem. Razem walczyli w 1920 roku i od tego momentu są przyjaciółmi na dobre i na złe.

Co było dla Pana największym wyzwaniem w pracy przy serialu „Szpiedzy w Warszawie”?

– Pół żartem, pół serio, to największym wyzwaniem było to, aby nie spaść z konia. Nie jeżdżę konno na co dzień, zatem była to dla mnie pewnego rodzaju trudność. Pan Jakub Czekaj, nasz nauczyciel jazdy konnej, już w trakcie pierwszej lekcji wypuścił nas na głęboką wodę. Było wesoło! Baliśmy się z Davidem, że jeśli nie daj Boże konie poczują zew i zaczną galopować to będzie po nas. Ale wszystko skończyło się happy endem. Niezwykła przygoda. A nawiasem mówiąc David jest uczulony na końską sierść, więc z jego strony to było prawdziwe bohaterstwo i poświęcenie.

Jak wspomina Pan pracę z brytyjską ekipą? Czym się różni kręcenie polskiego serialu od kręcenia serialu dla BBC?

– Różnica nie była diametralna, ponieważ ekipa było w połowie polska i kręciliśmy w Polsce, zatem nie spostrzegłem niczego szczególnego. Wielu ludzi, którzy pracowali przy „Szpiegach w Warszawie” znałem już wcześniej. Lubię i cenię ich pracę, więc nie czułem się obco, tak jak to miało miejsce na planie w Anglii czy w Danii, gdzie pracowałem przy innych projektach. Na planie czułem się jak w domu. David Tennant jest uroczym facetem. To profesjonalista pełną gębą. Kiedy przychodził na plan witał się z każdym, zawsze był uśmiechnięty. Wzór brytyjskiego dżentelmena. Myślę, że idealnie pasuje do roli szpiega. Przede wszystkim jednak to znakomity aktor, z którym fantastycznie rozumieliśmy się w trakcie realizacji poszczególnych scen.

A jak się Panu pracowało z Janet Montgomery?

– Również bardzo dobrze, to zdolna i bardzo miła osoba. Cieszę się, że mogliśmy się poznać i zagrać razem w kilku scenach.

Dlaczego Pana zdaniem warto w piątki wieczorem zasiąść przed telewizorem i oglądać „Szpiegów w Warszawie”?

– Ze względu na intrygującą i zaskakującą historię, ciekawie naszkicowane postaci. Interesujący jest również sam sposób realizacji – imponujące kostiumy, wnętrza, plenery przepięknie sfotografowane przez Wojciecha Szepela. Dawno nie było tak atrakcyjnie zrealizowanego przygodowego filmu w Polsce. Myślę, że oglądając „Szpiegów w Warszawie” będzie można się na chwilę oderwać, zapomnieć o codzienności i razem z pułkownikiem Mercierem i Antonim Pakulskim przenieść się do przedwojennej Warszawy.