Szpiedzy w Warszawie
TVP 1BBC

Mirosław Zbrojewicz: lubię przenosić się w czasie

Ciekawe jest takie przenoszenie się w czasie. Kostium zawsze dobrze ustawia aktora - to jest inspirujące, to jest coś nowego, nakłada pewne ramy, w których trzeba się odnaleźć - mówi Mirosław Zbrojewicz.

Znakomity aktor, znany z ról charekterystycznych (fot. TVP) Znakomity aktor, znany z ról charekterystycznych (fot. TVP)

MIROSŁAW ZBROJEWICZ GRA MARKA

Grał Pan w bardzo wielu serialach, również w produkcjach międzynarodowych. Za chwilę premiera „Szpiegów w Warszawie”.  Jaki jest przepis na sukces serialowy?
Tutaj będzie troszeczkę inaczej niż w klasycznej telewizyjnej produkcji, bo to jest inny serial. Z tego co widziałem we fragmentach to wydaje mi się, że jest realizowany bardziej filmowo niż telewizyjnie. Ma świetną, specjalnie skomponowaną muzykę, doskonałe zdjęcia.. I daje to naprawdę niezwykłą atmosferę. Najważniejszy jednak jest scenariusz – a dawno nie czytałem tak wciągającej historii jak „Szpiedzy w Warszawie”. Mam nadzieję, że taki sam klimat i napięcie udało nam się uzyskać w filmie.

Co sprawiło, że przyjął Pan rolę Marka? Co było frapującego w tym scenariuszu?
To jest super rola dla aktora. Trochę taki James Bond. Są pościgi samochodowe, strzelaniny, wybuchy, bójki. Tyle tylko że samochody i pistolety są z 1932 roku, a ganiamy się po przedwojennej Warszawie. A wszystko fantastycznie efektownie sfilmowane.

Proszę powiedzieć kilka słów o granej przez siebie postaci?
Marek to były legionista, prawdziwy twardy facet. Myślę że to mogłaby być trochę taka postać jak z „Dnia Szakala”.  Jest kierowcą pułkownika Merciera – głównego bohatera filmu. Mało mówi, ale za to jest bardzo skuteczny – ciągle wyciąga z opresji swojego szefa, jest jego takim trochę Aniołem Stróżem... Myślę, że te legionowe doświadczenia pozwalają mu dobrze odnaleźć się w każdej sytuacji i wyjść cało z każdej opresji. I rzeczywiście jest taka relacja między Mercierem a Markiem polegająca na tym, że w każdym momencie on może na niego liczyć.

Co było największym wyzwaniem w pracy przy tym serialu?
Dla mnie największym wyzwaniem był język. Grałem parę razy w różnych zagranicznych produkcjach - szwedzkich duńskich, austriackich - ale nikt do tej pory nie oczekiwał ode mnie, że będę tak płynnie mówił po angielsku. Miałem swojego coacha, który bardzo mnie pilnował. Spore trudności stwarzała nam również technika czyli samochody, które  niekoniecznie chciały jeździć. Kilka dni zdjęciowych w prawdziwym przedwojennym parowozie, w zimowym kostiumie, również dało nam popalić. Ale to wszystko tak naprawdę techniczne drobiazgi, a najważniejsze, że naprawdę się nam świetnie pracowało.

Czym się różni praca przy brytyjskim serialu od pracy przy produkcji polskiej?
Jest więcej czasu, to podstawowa różnica. A to bezpośrednio przekłada się na jakość naszej pracy. Ekipa była świetnie zorganizowana i przygotowana, co daje aktorowi duży spokój, pozwala skupić się wyłącznie na swojej roli. Ciekawa również była praca z Coky Giedroyc – reżyserką serii, która ma przecież polskie korzenie  Jak kręciliśmy sceny na Powązkach podeszła do mnie i powiedziała: „Wiesz, tu gdzieś leży ich dużo”. „Ale kto?” – „Moja rodzina”.  To również w jakiś sposób mobilizowało nas do większego skupienia na pracy.

Jak się Panu pracowało z Davidem Tennantem?
To jest super facet! Bardzo sprawny warsztatowo zawodowiec, ale przede wszystkim niezwykle miły człowiek. Muszę się przyznać, że ja go na początku nie kojarzyłem, bo niezbyt często oglądam telewizję. Dopiero w trakcie zdjęć zorientowałem się, że to naprawę bardzo popularny aktor. Prawdziwa gwiazda!

Wspominał Pan o lokomotywie – to był prawdziwy skład z lat 30-tych?
Tak. Zdjęcia były robione w Muzeum Kolejnictwa pod Krakowem, tam stoi kilkanaście parowozów, mają swoją zajezdnię. To jest naprawdę fascynujące jeżdżenie taką gigantycznym składem Wszystko było od początku do końca było uruchomione, wszystko było naprawdę, leciała para, gwizdek gwizdał. Mam nadzieję, że równie efektownie będzie wyglądało to w filmie.

Lubi Pan grać w filmach historycznych, w kostiumie?
Pewnie, że lubię, choć okazji niestety coraz mniej, bo takie filmy są znacznie droższe. Samo w sobie ciekawe jest już takie przenoszenie się w czasie. Kostium zawsze dobrze ustawia aktora - to jest inspirujące, to jest coś nowego, nakłada pewne ramy, w których trzeba się odnaleźć. Poszukać pewnych rzeczy, których się normalnie na co dzień się nie robi.. .

Najzabawniejsza chwila na planie „Szpiegów w Warszawie”?
Była scena kiedy Niemcy nas gonią w lesie. Wymyśliliśmy, że uciekając będę spadał ze skarpy. Ponieważ nie można było tego spróbować, to poszło na żywioł. Najpierw byłem zaskoczony, że tak długo lecę, i że tak śmiało rzuciłem się głową w dół. Na szczęście wyszedłem z tego cało, choć nie do końca. Okazało się, że na dole były pokrzywy w których wylądowałem i poparzyłem się okropnie. Nijak się nie dało tego charakteryzacją zamaskować, musieliśmy zrobić przerwę w zdjęciach i odczekać 20 minut aż zeszło.     

Dlaczego Pana zdaniem widzowie powinni obejrzeć „Szpiegów w Warszawie”?  
Z kilku powodów: po pierwsze to świetna, wciągająca historia. Po drugie to dość interesujące zobaczyć jak Anglicy pokazują, naszą polską historię... Niemniej ważne jest to, że BBC ma dość długą tradycję robienia tego typu filmów. Jak nikt inny potrafią tworzyć wspaniałe, pasjonujące filmy szpiegowsko – przygodowe.  Ja sam dla BBC zagrałem w dwóch tego typu produkcjach historycznych. Myślę, że i tym razem im się to udało.