Szpiedzy w Warszawie
TVP 1BBC

Dick Clement i Ian La Frenais: kiedyś wszystko było prostsze

– Zaintrygował nas ten okres. To zupełnie inny świat, pełen obaw o przyszłość. I zupełnie inna Europa niż ta, którą znamy obecnie. – mówi scenarzysta „Szpiegów w Warszawie” Ian La Frenais.

Kadr z serialu „Szpiedzy w Warszawie” (fot. TVP) Kadr z serialu „Szpiedzy w Warszawie” (fot. TVP)

Jak natrafiliście na Alana Fursta i jego serię powieściową?

DICK: – Ian dał mi jedną z jego książek – przypadkiem byli to „Szpiedzy w Warszawie”. Nigdy wcześniej Fursta nie czytałem. W rezultacie przeczytałem wszystkie powieści za jednym razem, z zapartym tchem. Następnie odkryliśmy, że mamy tego samego agenta, więc zaproponowałem, że zaproszę go na obiad. Obiad okazał się bardzo przyjemny. To było jakieś trzy i pół roku temu.

IAN: – A potem miał miejsce ten niezwykły telefon, zupełnie nieoczekiwany. Jakiś facet z Londynu zadzwonił pytając o prawa do powieści. Nazywał się Roy Ackerman [dyrektor] z Fresh One. Nasz agent od razu powiedział: „Owszem, prawa byłyby dostępne pod warunkiem, że moi dwaj klienci, Dick Clement i Ian La Frenais napiszą scenariusz”. A Roy na to: „Świetnie!”. Okazało się, że jest na wakacjach w LA razem z rodziną. Więc ja „Możemy się spotkać?”. A nasz agent: „Możesz zjeść z nim jutro obiad”. To było niesamowite!

Do jakiego stopnia był zaangażowany Alan Furst?

DICK: – Bardzo często kontaktowaliśmy się z nim. Ale kiedy ostatnio zaproponowaliśmy przeczytanie scenariusza, odpowiedział: „Niekoniecznie – zdaję sobie sprawę, że trzeba sporo pozmieniać, gdy z powieści robi się scenariusz, ale ja wam ufam”. Bardzo miło. Przesłaliśmy mu także fotografie z planu i myślę, że to one dopiero zaostrzyły jego apetyt!

Czy film realizuje pomysł, który mieliście na samym początku?

DICK: – Sądzę, że wygląda świetnie. Wywarł na nas ogromne wrażenie. To obraz równie bogaty, co posępny. Dokładnie też oddaje detale epoki. Ma w sobie naprawdę wszystko. Myślę, że Alanowi spodoba się bardzo.

A co szczególnego przyciągnęło Was do „Szpiegów w Warszawie”?

IAN: – Zaintrygował nas ten okres. To zupełnie inny świat, świat pełen obaw o przyszłość. I zupełnie też inna Europa niż ta, którą znamy obecnie. Mam na myśli to, że gdy popatrzy się na mapy w powieści Alana, to zobaczy się kraje, które już w ogóle nie istnieją.

DICK: – Uwielbiamy szczególnie okres przedwojenny również dlatego, że rzadko staje się tematem filmów.

A co sądzicie o bohaterze opowieści, Jean-François Mercierze?

DICK: – Alan uważa, że cały sekret Merciera polega na tym, że jest francuskim arystokratą. Chodzi o to, że jest „chevalier”, czyli pochodzi ze szlacheckiego rodu. Cechuje go zupełnie inne nastawienie. Rozmawialiśmy o tym z Davidem [Tennantem] zanim zaczęliśmy zdjęcia. Rzecz w tym, że na postać Merciera składa się pochodzenie z zamożnej rodziny uzupełnione poczuciem humoru. Jest dżentelmenem rozsiewającym wokół siebie romantyczną, nieco staroświecką aurę, która czyni go bardzo atrakcyjnym dla współczesnych widzów.

Dla Davida to bardzo nietypowa rola, prawda?

IAN: – Owszem – warto zobaczyć w filmie tę jego posępną kreację.

DICK: – I w dodatku niełatwą. W filmie jest kilka scen, które wymagają stalowych nerwów i David gra tam znakomicie. Jest bardzo wiarygodny. David traktuje pracę bardzo poważnie, a to ma znaczenie, ponieważ odgrywany przezeń bohater zdaje sobie znacznie bardziej sprawę z nadchodzącej wojny, niż otaczający go ludzie, którzy myślą w kategoriach „daj spokój, jaka wojna...?”

Wasze wcześniejsze projekty były z reguły osadzone w czasach współczesnych. Jak zatem podobało Wam się pisanie o latach 30-tych?

IAN: – Cóż, trzeba było strzec się anachronizmów; na przykład w scenariuszu wystrzegamy się słowa „koleś”. [śmiech]. A na poważnie, bardzo łatwo jest dać przemknąć się nowoczesnym wyrażeniom. Na przykładu słowu 'OK'. A to przecież takie powszechne! Albo „Pracuję nad tym...”

DICK: – Chcieliśmy, aby brzmienie dialogów było jak najbardziej naturalne. Niezależnie od epoki, staramy się zawsze napisać coś, co aktorom będzie łatwo wygłaszać, a współczesnej widowni – słuchać.

IAN: – Ale oczywiście w latach 30-tych mówiono inaczej. Na przykład rozmowa między kobietą a mężczyzną, którzy spotykają się po raz pierwszy, brzmiałaby o wiele bardziej formalnie niż w dzisiejszych czasach. W ogóle w podejściu mężczyzn do kobiet było wówczas więcej kultury osobistej. Ale z drugiej strony, jeśli dialog będzie brzmiał zbyt sztywno, wówczas zepsuje on całą resztę. Na szczęście aktorzy są świetni i udaje im się znakomicie prowadzić konwersację w takim stylu.

Thrillery szpiegowskie wydają się być ostatnio popularnym gatunkiem. Czy w waszej opinii mówi to nam coś o czasach, w których żyjemy?

DICK: – Myślę, że tak. Mam nadzieję. Pojawiło się nagle większe niż kiedyś zainteresowanie tym okresem.

IAN: – Tak, wśród czytelników i pisarzy wydaje się panować cudowna nostalgia za zimną wojną i podobnymi czasami. Myślę jednak, że prawdziwi szpiedzy muszą mieć wrażenie, że w dawnych dobrych czasach wszystko było proste. Znacznie prostsze niż wróg, z którym walczą teraz w „Wojnie z terrorem”. No i oczywiście technika jest zupełnie inna.

DICK: – Bez komputerów, bez telefonów komórkowych...

IAN: – Komórki nie ma jak okiem sięgnąć!

DICK: – Nie znoszę tych końcowych scen we współczesnym kinie, gdy ktoś stuka w klawiaturę starając się wykonać przelew bankowy zanim inny odstrzeli jeszcze komuś innemu głowę. To naprawdę nie wygląda dobrze. Cofanie się w czasie jest znacznie bardziej pociągające.