Szpiedzy w Warszawie
TVP 1BBC

Bond w czasie wojny

Mój bohater trochę przypomina Bonda. Nie jest aż takim superbohaterem, ale też jest odważny i lubi dziewczyny – mówi David Tennant, popularny brytyjski aktor grający jedną z głównych ról w polsko-brytyjskim serialu „Szpiedzy w Warszawie”

fot. materiały producenta fot. materiały producenta

Kim jest główny bohater serialu, pułkownik Mercier?

– To francuski attache wojskowy wysłany do Warszawy przed wybuchem II wojny światowej. Oficjalnie zajmuje się dyplomacją, ale w rzeczywistości prowadzi drugie, agenturalne życie. Poznajemy go w momencie, kiedy na arenie międzynarodowej wrze. Mercier tkwi w środku tego wrzenia. Jego zadaniem jest kontrolowanie tego, co się dzieje w Niemczech pod kątem ewentualnego wpływu tamtejszych wydarzeń na losy Anglii i reszty Europy. Jest szpiegiem, który pamięta I wojną światową. Jego postępowaniu przyświecają ideały tamtych czasów. Bardzo chce postępować słusznie.

Pana postać jest dobrze wyposażonym szpiegiem…

– Trochę. Ma kilka gadżetów - kamerę, aparat, który w tamtych czasach był rzadkim, wyrafinowanym urządzeniem. Ma też broń. Nie jest jednak superbohaterem w tym stopniu, co James Bond. Ma od niego więcej wad i nie jest jak on aż tak wszechstronny. Nie jeździ na przykład na nartach. Ma też kilka dziewczyn…

Co było największym wyzwaniem przy produkcji „Szpiegów”?

– To olbrzymia produkcja, z ambicjami. Codziennie mamy tysiące rzeczy do ogarnięcia. Większość seriali koncentruje się na jednym, czy dwóch planach. Najpierw pub, a potem dom rodzinny. Kręciliśmy w wielu miejscach i nie są to zwykłe sceny. Są tam czołgi, konie, pirotechnika. Mamy ambicje na miarę wielkiej produkcji kinowej, a jednocześnie typowy dla telewizji ograniczony budżet. Chodzi więc o to, by osiągnąć cel, by efekt końcowy wyglądał tak, jak zaplanowaliśmy.

W Wielkiej Brytanii jest Pan bardzo popularny jako tytułowy „Doctor Who” z serialu, który w Polsce nie jest aż tak popularny…


– Byłem zaskoczony – jednak bardzo wiele osób wspominało o tym serialu.

Czy trudno jest Panu pozbyć się skojarzeń z postacią Doktora Who?

– Raczej nie. Nie mam z tym problemu. Faktem jest, że „Doctor Who” otworzył przede mną wiele drzwi.

Co Pan sądzi o swych polskich partnerach aktorskich ze „Szpiegów”?

– Macie wspaniałych aktorów. Nie mówię tylko o punktualności i profesjonalizmie, ale o talentach. Marcin Dorociński ma wiele wielbicielek, które przychodziły na plan, by go zobaczyć. Jest naprawdę ciekawą osobowością. Wyraźnie było widać, że jest tu prawdziwym gwiazdorem. Wielu Polaków grało sceny, mówiąc w obcym języku. Czasem robili to nawet lepiej niż my, dla których angielski jest mową ojczystą. Naprawdę byłem pod wrażeniem.

Czy Warszawa dobrze „zagrała” Paryż? I jakie wrażenia wyniósł Pan z pobytu na planach w polskich miastach?


– Zagrała bardzo dobrze. A co do polskich miast, to bardzo piękne jest warszawskie Stare Miasto. Kraków jest tak piękny, że chciałbym tam jeszcze wrócić. Bardzo też podobała mi się Chabówka.

Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Krzysztof Lubczyński.